Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
jak pomócApelMoja HistoriaGaleria

Niespodziewane urodziny


Urodziłam się w poniedziałek 30 stycznia 2006 roku. Przyszłam na świat dość niespodziewanie bo dwa miesiące przed terminem. Byłam bardzo malutka i ważyłam zaledwie 1780 g.


Urodziłam się z objawami niedotlenienia. Lekarze mówią, że niedotlenienie jest wynikiem wcześniactwa, ale moja mama myśli inaczej. Mama podejrzewa, że niedotlenienie mogło nastąpić, kiedy byłam jeszcze w jej brzuchu.


W Wigilę 2005 roku mieliśmy wypadek samochodowy. Jakaś nieostrożna Pani wbiegła pod koła naszego samochodu. Na szczęście nic się nikomu nie stało, ucierpiał jedynie samochód. Ale mama bardzo się wystraszyła i zdenerwowała. Miesiąc później, tuż po złożeniu zeznań na policji, mamie odeszły wody płodowe i porodu nie dało się już zatrzymać. I tak zrobiłam rodzicom niespodziankę.


Przez dwa tygodnie leżałam w inkubatorze, byłam pod ścisłą kontrolą wielu lekarzy, przeszłam wiele badań. Po miesiącu mama i tata zabrali mnie do domu. Wtedy poznałam moją starszą siostrę Juleczkę.


A potem zaczęły się wizyty u różnych specjalistów: neurologa, okulisty, audiologa. Początkowe rokowania były całkiem dobre: mój słuch był dobry, oczka wyzdrowiały. Gdy miałam 10 m-cy rodzice pojechali ze mną na kontrolną wizytę do pani neurolog. Niestety nie miała dobrych wieści. Mówiła jakieś niezrozumiałe dla mamy rzeczy: wzmożone napięcie mięśni, dipareza. Skierowała mnie do lekarza rehabilitacji. I tak zaczęła się moja niełatwa droga.


Rehabilitacja

Najpierw rodzice wozili mnie na ćwiczenia do Dziecięcego Szpitala Klinicznego w Lublinie, ale nie byli zadowoleni. Gdy byliśmy w odwiedzinach u cioci koło Płocka poznałam Panią Jolę - fizjoterapeutkę ze szpitala w Gorzewie. Przez kolejne 2 lata dojeżdżałam do niej co 2 miesiące i ćwiczyłam z nią 2 tygodnie. Ciocia Jola pokazała mamie, jak ma ćwiczyć ze mną w domu, udzieliła wielu cennych wskazówek, wspierała. To ona nauczyła mnie raczkować. Kiedy w wieku 2 lat po raz pierwszy zrobiłam kilka kroków na czworakach, mama miała łzy w oczach.

Od pierwszego roku życia nosiłam okularki, bo okazało się, że mam dużą nadwzroczność. Nosiłam je przez 2 lata, ale jakiś czas temu, kiedy byłam już na tyle duża i dzielna, że można zbyło zbadać komputerowo kąt widzenia okazało się, że okulary powiększają zeza. Okuliści nie wiedzieli, co w takim przypadku zrobić. W związku z tym miałam roczną przerwę w noszeniu okularów.


Rok 2009
W marcu 2009 roku po raz pierwszy byłam na turnusie rehabilitacyjnym w specjalistycznym Ośrodku Rehabilitacji i Hipoterapii NEURON w Małym Gacnie. Tam poddana byłam kompleksowej rehabilitacji: ćwiczenia ruchowe, pająk, masaż, fizykoterapia, krioterapia, terapia ręki, logopeda i pedagog. Tam po raz pierwszy zetknęłam się również z hipoterapią. Pierwszego dnia nie chciałam konia nawet pogłaskać, a pod koniec turnusu mogłabym z niego nie schodzić. Tak rozpoczęła się moja przygoda z hipoterapią. Rodzice przez kilka miesięcy wozili mnie na zajęcia hipoterapii do Wólki Cycowskiej do Pani Asi. Jeździłam na ślicznym kucu felińskim o imieniu Witraż. Witraż jest cudownym i cierpliwym konikiem i mam nadzieję, że na wiosnę znów się zobaczymy.

Dzięki pobytowi na turnusie w Małym Gacnie mama poznała wiele innych dzielnych mam, które mają niepełnosprawne dzieci. Od nich dowiedziała się, jak zdobyć pieniądze na kolejne turnusy, jak założyć subkonto w fundacji.

W maju 2009 r. byłam na tygodniowym turnusie w Centrum Intensywnej Terapii OLINEK w Warszawie. Tam ćwiczyłam w kombinezonie TheraSuit. Zdaniem moich rodziców to najskuteczniejsza terapia, po której szybko widać efekty, ale musi być często powtarzana, żeby efekty utrzymały się. Dlatego w lipcu byłam tam na kolejnym, tym razem dwutygodniowym turnusie.

W czerwcu rodzice kupili mi fajne urządzenie. Nazywa się krokodyl i jest pionizatorem dynamicznym. Przy jego pomocy zaczęłam stawiać pierwsze samodzielne kroczki. Na początku mogłam przejść tylko kilka kroków, ale doszłam do wprawy i nabrałam sił. Teraz mogę o własnych nogach chodzić z rodzicami na krótkie spacery. To, że nie jestem wożona w wózku i sama decyduję gdzie idę, sprawia mi ogromną radość.

W sierpiu, razem z mamą i moją siostrą Julą, byłam na turnusie w Ośrodku Rehabilitacji Dzieci i Młodzieży TRATWA w Steklinku koło Torunia. Tam również miałam kompleksową rehabilitację i hipoterapię. Tym razem zaprzyjaźniłam się z koniem huculskim Legarem. Miałam też okazję pojeździć na bardzo fajnym rowerku rehabilitacyjnym, przystosowanym do dzieci niepełnosprawnych. Chciałabym, żeby rodzice kupili mi taki rowerek.

Jesienią 2009 roku byłam 2 tygodnie w Warszawie w ośrodku OLINEK. A tuż po nim poznałam Pana Darka z Lublina, z którym od listopada ćwiczę dwa razy w tygodniu. Pan Darek jest bardzo sympatyczny i ma u siebie w gabinecie fajny szkielet, który ma na imię Franek. Pan Darek nakleja mi na nogi i brzuszek kolorowe plasterki, które wspomagają pracę mięśni i zapobiegą nadmiernemu napinaniu.


Rok 2010
Nowy Rok rozpoczęłam wizytą u doktora Prosta w Warszawie. Pan doktor przebadał moje oczka bardzo dokładnie i dopiero wtedy rodzice dowiedzieli się, w czym tkwi problem i jak sobie z nim radzić. W tej chwili noszę specjalistyczne okularki z pryzmatem, które mają nauczyć mnie widzenia dwuocznego.

W lutym byłam na kolejnym turnusie w ośrodku NEURON w Małym Gacnie. Dużo chodziłam w korektorach chodu i wzmacniałam mięśnie brzucha i pleców. Miałam też po raz pierwszy zajęcia kynoterapii, czyli terapii z udziałem psa. Cudowna suczka o imieniu Śnieżka rasy Golden Retriever pozwalała mi na wszystko: czesałam ją, przypinałam spinki, zakładałam gumki do włosów.

W kwietniu byłam dwa tygodnie w OLINKU w Warszawie. Tym razem oprócz ćwiczeń w kombinezonie TheraSuit miałam pierwszy etap terapii Tomatisa, czyli treningu słuchowego. Przez specjalne słuchawki słuchałam muzyki przetworzonej przez urządzenie zwane "elektronicznym uchem". Urządzenie to ćwiczy ucho w taki sposób, aby mogło zacząć pracować bez zakłóceń. Ćwiczenia te odgrywają stymulującą rolę na centralny system nerwowy. Rodzice liczą na to, że poprawi się moja koordynacja ruchowa i zmniejszy się nadwrażliwość na głośne dźwięki.
Na turnusie w Olinku miałam też okazję przymierzyć kombinezon TheraTogs. Taki kombinezon pomaga w utrzymaniu odpowiedniej pozycji ciała oraz ułatwia poruszanie. Rodzice bardzo chcieliby mi go kupić, ale kosztuje około 2500 zł.

W maju znowu byłam na dwutygodniowym turnusie w Warszawie w Olinku. Ćwiczyłam w kombinezonie i miałam drugi etap terapii Tomatisa. Rodzice są zadowoleni z efektów tego treningu słuchowego, bo już nie przeszkadzają mi tak bardzo głośne dźwięki, mama mówi, że buduję ładniejsze zdania. A najważniejsze jest to, że poprawiło się funkcjonowanie mojego błędnika i nie boję się już tak bardzo jeździć samochodem. Nie spinam się w foteliku samochodowym, nie muszę trzymać mamy za rękę, mogę klaskać, a gdy jestem zmęczona - spokojnie zasypiam. Teraz już rodzice nie muszą ze mną jeździć oboje.

W wakacje połączyliśmy przyjemne z pożytecznym, czyli rehabilitację w Olinku z rodzinnym odpoczynkiem i zwiedzaniem Warszawy. Rano ćwiczyłam z Panią Magdą a po południu chodziliśmy do ZOO, do muzeum, na basen lub na plac zabaw.

Na kolejnym turnusie w październiku nastąpiła zmiana. Po raz pierwszy zostałam w drugim tygodniu sama z tatą. Mama trochę się denerwowała, ale zupełnie niepotrzebnie, bo okazało się, że tata ze wszystkim sobie świetnie poradził. Dlatego na turnusie w grudniu znowu byłam jeden tydzień z mamą a drugi z tatą. Było bardzo fajnie, bo tata ma więcej siły, żeby nosić mnie na rękach, więc zabierał mnie po ćwiczeniach na basen. W grudniu miałam też trzeci etap terapii prof. Tomatisa – to moje ulubione zajęcia.

Rok 2010 był bardzo intensywny. Byłam na 6 turnusach rehabilitacyjnych. Dużo ćwiczyłam, by stymulować zmysły, poprawić koncentrację, koordynację ruchów, orientację przestrzenną a przede wszystkim, by nauczyć się samodzielnie chodzić. Niestety w tym roku nie jeździłam na moim ulubionym koniku Witrażu, ponieważ rodzicom nie wystarczyło pieniędzy na zajęcia z hipoterapii.


Rok 2011
Nowy Rok rozpoczął się dla mnie trudnym przeżyciem. W lutym ostrzykiwana byłam botuliną, żeby zmniejszyć napięcie w moich nóżkach. Dostałam ponad 20 zastrzyków. Bardzo mnie bolało i na pewno długo będę o tym pamiętała. Potem na nogi założyli mi gipsy, żeby utrwalić efekty działania botuliny oraz żeby zapobiec rozwojowi trwałych przykurczów, ułatwić wzrost mięśni. Gipsy miałam przez 2 tygodnie, a potem byłam na kolejnym turnusie rehabilitacyjnym w Warszawie. Nogi miałam dużo luźniejsze, dlatego ćwiczenia poszły mi bardzo dobrze. Dużo więcej chodziłam przy balkoniku i doskonaliłam różne umiejętności. Niestety botulina działała tylko przez 3 miesiące, potem nadmierne napięcie ponownie wróciło.

Rodzice kupili mi kombinezon TheraTogs, który wspomaga moją rehabilitację: zwiększa świadomość ciała, czucie głębokie, trochę koryguje i stabilizuje moje ciało. Ale niestety nie lubię w nim przebywać i trochę marudzę, jak mama mi go zakłada.

Dzięki uprzejmości miłego pana stolarza od niedawna mam też pionizator. Pan Myć z Włodawy wykonał go dla mnie za darmo. Teraz mogę wiele rzeczy wykonywać na stojąco. Najbardziej lubię robić ciastka z masy solnej a potem malować je farbkami. Mama mówi, że powinnam dużo stać, bo pionowa postawa jest ważna dla prawidłowego funkcjonowania mojego organizmu: mięśni, stawów, kości.

Rodzice kupili mi też fajny rowerek rehabilitacyjny. Ma 3 koła i różne upięcia, które umożliwiają mi stabilne siedzenie. Uwielbiam szybko jeździć i wcale nie traktuję tego, jako rehabilitację. Rodzice zabierają mnie na pobliską ścieżkę rowerową, bo tam mogę się rozpędzić i poczuć "wiatr we włosach".

Od niedawna mam też nowe łuski, które pomagają moim nóżkom prawidłowo rozwijać się, zmniejszają powstawanie przykurczów ścięgien achillesa i stabilizują mnie. Bardzo wygodnie mi się w nich stoi i trochę łatwiej chodzi. Choć rodzice zapłacili za nie dużo pieniędzy to są zadowoleni i twierdzą, ze to najlepsze ortezy jakie kiedykolwiek miałam.


Rok 2012
Rok 2012 to kolejne miesiące ciężkiej pracy. Byłam na kilku turnusach rehabilitacyjnych w Warszawie, dużo ćwiczyłam i uczyłam się chodzić. Od wiosny nie chodzę już przy balkoniku. Mam teraz kule -trójnogi. Rodzice bardzo się cieszą, że "idę do przodu". Chodzenie to naprawdę bardzo trudna czynność, więc narazie robię to bardzo powoli, na małych dystansach i przy ciągłej asekuracji rodziców.

W lecie dużo jeździłam na moim rowerku rehabilitacyjnym. Uwielbiam to. Mam dużo siły i naprawdę szybko śmigam. Mama za mną biegnie i ledwie nadąża.

Pod koniec wakacji miałam bardzo fajną przygodę. Byłam z rodzicami w Krakowie na nagraniu spotu reklamowego dla Fundacji TVN. Wszyscy realizujący nagranie byli dla mnie bardzo mili i mówili, że jestem dzielna. Kilka dni później zobaczyłam siebie i mamę w telewizji. Powiedziałam wszystkim koleżankom w przedszkolu, że teraz jestem aktorką.

Kolejny rok będzie bardzo stresujący, zwłaszcza dla moich rodziców. Już wkrótce czeka mnie operacja usunięcia migdałka. Ale przede mną jest jeszcze dużo poważniejszy zabieg - fibrotomia. To mało znana w Polsce metoda usuwania przykurczów. Zabieg ten wykonywany jest w Krakowie przez rosyjskiego lekarza Repetunova. Dzięki temu będę miała dużo luźniejsze nogi, a efekty mają utrzymywać się ponad rok. To bardzo kosztowna operacja w prywatnym szpitalu, rodzice muszą zapłacić ponad 11 tys. zł. Dlatego proszę wszystkich, którzy mogą pomóc, aby przekazywali darowizny na moje konto w fundacji i wpłacali 1% podatku. Dziękuję.